|
sobota, 18 kwietnia 2009
Cocktail, o którym zapewne większość z Państwa nie spodziewa się usłyszeć nic ciekawego. Cóż bowiem można powiedzieć o jednym z najbardziej sztampowych (a jednocześnie jednym z najpopularniejszych) longdrinków, czyli Screwdriverze? Dla wielu ludzi cocktail ten jest wręcz synonimem słowa "drink", i chyba tylko popularności gazowanych lemoniad zawdzięczamy to, że prosząc o drinka w większości polskich domów nie otrzymamy czegoś zbliżonego do podstawowej wersji Śrubokręta.
Bazowy przepis jest banalny: 1 część wódki na 2 części soku pomarańczowego wlewamy do wysokiej szklanki wypełnionej lodem, mieszamy i idziemy degustować imieninowe ciasto cioci. Jeśli czujemy powiew fantazji, to w charakterze ozdoby możemy naciąć plasterek pomarańczy i osadzić go na brzegu szklanki. O ile idea zmieszania soku z alkoholem jest zapewne starsza od węgla, o tyle sam cocktail w znanej obecnie wersji jest relatywnie młody, powstał bowiem już po II Wojnie Światowej. Recepturę i nazwę zawdzięcza amerykańskim inżynierom pomagającym w odbudowie zachodnich państw Europy, którzy przygotowywali go wlewając wódkę do puszek z sokiem pomarańczowym i mieszając śrubokrętami. Pozostaje się cieszyć, że nie nazywa się "Kombinerki". Proporcje alkoholu do soku możemy oczywiście dopasowywać do indywidualnego gustu. "Wzmocnione" warianty dorobiły się nawet własnych żartobliwych nazw, jak Drivescrewer (2 części wódki do 1 soku) czy Drewscriver (1:1). Co ciekawe, nawet wersja z pomarańczową lemoniadą ma własną zwyczajową nazwę Hi-Fi (oczywiście tylko wtedy, gdy nie jest określana jako "Screwdriver dla ubogich"). Jeśli przygotowujemy go dla kobiety, giętkiego w biodrach kolegi na co dzień preferującego wina białe ze szczepu Chardonnay albo innej słabej istoty domagającej się, żeby w cocktailu "nie było czuć alkoholu", możemy zastosować jeden prosty trick, a mianowicie zamiast wódki użyć spirytusu (w odpowiednio zmniejszonej dawce, czyli ok. 4 części soku na 1 spirytusu). Osobiście nie jestem fanem tego typu zamiany, gdyż uważam, że -- wbrew obiegowym opiniom -- smak i aromat wódki jest rzeczą istotną, i zastępowanie jej alkoholem normalnie nie przeznaczonym do bezpośredniego spożycia psuje powstały napój. Faktem jest jednak, że w tej proporcji sok smakowo zdominuje alkohol, który powinien być praktycznie niewyczuwalny. Zdrowie cioci!
piątek, 23 stycznia 2009
Korzystając z chwilowego statusu "słomianego wdowca" postanowiłem urządzić w nowym domu małą parapetówę, utrzymującą się w konwencji leniwego cocktail party. Motywację poprawiało to, że akurat trafił się długi weekend przypadający (zgrubnie) w moje imieniny. Zaraz na samym początku, w czasie prezentacji dostępnych możliwości (w tym technicznych), otrzymałem zamówienie na Gimleta "jak u Chandlera". Przepis podał sam zamawiający:
Cocktail na tyle przypadł wszystkim do gustu, że w ramach uzupełniania zapasów dokupiliśmy kilka butelek ginu i soku cytrynowego, które niezwłocznie wypiliśmy, zostawiając jedną szklaneczkę, którą wylaliśmy do zlewu. W ramach lektury przed popełnieniem niniejszego wpisu postanowiłem odnaleźć ten fragment z Chandlera, który opisywał cocktail tamtego wieczoru. Co ciekawe, nie udało mi się to. W Długim pożegnaniu Philip Marlowe opisuje idealny gimlet jako "połowa ginu, druga połowa soku limonkowego Rose i nic więcej". Przypuszczam, że angostura zawędrowała do przepisu jako skutek pomieszania powyższego przepisu na gimlet i znanego faktu, że Chandler był znanym miłośnikiem cocktailu znanego jako Pink Gin, składającego się z ginu i niewielkiego dodatku angostury. Wariantów Gimleta jest zresztą całkiem sporo. Poczynając od proporcji (najczęstszą jest wersja składająca się z 3 części ginu na jedną soku), jak i składników. Podobnie jak z Martini, gin można zastąpić wódką lub tequilą, zaś sok z limonek -- sokiem z cytryn. Jeśli od zbyt kwaśnego smaku świeżo wyciśniętego soku wykręca nam twarz, to można też cocktail nieco dosłodzić, dodając bądź syrop cukrowy (około połowy objętości soku), bądź też jedną lub kilka łyżeczek cukru pudru. To ostatnie jest o tyle uzasadnione, że zgodnie z dostępnymi opisami Chandlerowski Rose's Lime Juice był, podobnie jak kupowany zazwyczaj przeze mnie sok cytrynowy Hitchcock (sic!), dosładzany. Niezależnie od tego, której wersji się trzymamy (a każda ma swoich zagorzałych fanów, określających wszelkie inne warianty mianem nędznych imitacji), trzeba pamiętać, że cocktail ma być zimny. Większość źródeł zgodnie doszukuje się początków tego cocktailu w brytyjskiej marynarce wojennej, która w ramach walki ze szkorbutem u marynarzy wprowadziła w drugiej połowie XIX wieku obowiązkowe dzienne racje soku z cytryn lub (później) limonek. Zmieszanie go z ginem, poza złagodzeniem dość ostrego smaku soku, niewątpliwie uczyniło obowiązek nieco bardziej rozrywkowym. Sama nazwa, w zależności od wersji legendy, pochodzi bądź od urządzenia służącego do wywiercania (w dość oczywistym celu) małych dziurek w drewnianych beczkach, bądź też od nazwiska wiceadmirała i chirurga królewskiej marynarki wojennej, sir Thomasa Desmonda Gimlette. Prosit!
poniedziałek, 10 listopada 2008
Witam Państwa, jednocześnie prosząc o wybaczenie za niezwykle długi urlop od bloga, który mi się niespodziewanie zdarzył. Niestety, finał wykańczania nowego domu połączony z przeprowadzką i organizowaniem się w nowym miejscu okazał się być dużo bardziej absorbujący, niż pierwotnie planowałem. Mam jednak nadzieję, że wciąż parę osób ma tego bloga na swojej liście i trzyma kciuki za pojawianie się nowych artykułów. Przeprowadzka, mimo iż absorbująca, przyniosła również pewne usprawnienia w dziedzinie barmańskiego hobby. A mianowicie dzięki nowemu układowi domowej kuchni mogliśmy sobie pozwolić na zmianę lodówki. Nowa (dość zwalisty Bosch model KAN 60A40) dysponuje rzeczą szalenie cenną dla barmana-amatora, a mianowicie wbudowaną automatyczną kostkarką i kruszarką do lodu: ![]() Oczywiście żadne rozwiązanie techniczne nie zastąpi starannego planowania. Jak pokazał wstępny test w warunkach bojowych, już cocktai party dla kilku osób potrafi dość skutecznie zużyć cały lód w zbiorniku w tempie szybszym, niż automatyka nadąża z jego produkcją (jest to szczególnie prawdziwe w przypadku wykorzystywania kruszarki, jako że zużycie lodu w przypadku kruszenia jest wyższe). Dlatego też przed większymi imprezami warto zgromadzić większy zapas, czy to przez zachomikowanie wyprodukowanego lodu i pozwolenie lodówce na ponowne napełnienie zbiornika, czy też przez prozaiczne nabycie jednego lub kilku worków lodu na pobliskiej stacji benzynowej. Pozdrawiam i zapraszam ponownie już wkrótce!
sobota, 15 marca 2008
Po dłuższej przerwie przepis na nowy, w dodatku autorski, cocktail. W konstrukcji nieco podobny do Chihuahua, składa się z dwóch części koniaku lub brandy i jednej części cointreau, z dodatkiem plasterka pomarańczy. Składniki mieszamy w szklaneczce lowball z paroma kostkami lodu lub neat, czyli bez dodatków. Autorski charakter tego cocktailu jest dla mnie niejakim zaskoczeniem -- kombinacja ta powstała opisywaną przy okazji Chihuahua metodą dodawania cointreau do różnych napojów, w tym przypadku do koniaku. Zaraz po przygotowaniu drinka rzuciłem się sprawdzać w Internecie, jak też nazywa się przygotowany w ten sposób napój, po czym stwierdziłem z niejakim zaskoczeniem, że taka kombinacja jak dotąd nie dorobiła się nazwy. Wykorzystując tę rzadką okazję pozwoliłem sobie nazwać stworzony w ten sposób cocktail Brandy Naranja. Brindis!
wtorek, 29 stycznia 2008
Prosty sour, podobny w składzie i smaku do opisywanego wcześniej Between the sheets, aczkolwiek nieco od niego słabszy. Znana już państwu formuła ASK w tym wypadku wygląda następująco:
Jak zwykle zachęcam do eksperymentów w doborze proporcji (spotkałem się z wersjami 6:3:1 oraz 4:2:1, jak również paroma innymi mniej popularnymi wariantami) oraz składników. Pomijając wymienioną już Margaritę (którą otrzymamy zamieniając brandy tequilą) popularniejsze możliwości to Chelsea Sidecar/White Lady (z ginem zamiast brandy) oraz Rum Sidecar (z brązowym lub ciemnym rumem).
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Dziś kolejny prosty cocktail dwuskładnikowy, bardzo przyjemny w roli digestifu. Składniki:
Proporcje whisky do likieru możemy dobierać indywidualnie (dostępne przepisy oscylują wokół 2:1, z wahnięciami pomiędzy 1:1 do 3:1 w zależności od tego, jak wytrawny napój chcemy uzyskać). Istnieją też warianty z użyciem innych whisk(e)ys, np. Celtic Cross (z użyciem irlandzkiej whiskey) czy Dalton (z bourbonem). Jeśli zamierzają Państwo uczynić z Rusty Nail cocktail dzisiejszego wieczoru, to polecam jedynie pewną ostrożność -- mimo dość słodkiego smaku jest to napój mocny (zarówno whisky, jak i Drambuie to alkohole wysokoprocentowe), co przy braku umiaru trochę utrudnia dotrwanie do północy. Szczęśliwego Nowego Roku!
piątek, 21 grudnia 2007
Muszę Państwa przeprosić za nieco długą przerwę pomiędzy wpisami -- niestety koniec roku rzucił mi się do gardła. Dla poprawienia nastroju w tym przedświątecznym okresie polecam coś na rozgrzewkę: Hot Whiskey. Składniki: - pół szklaneczki irlandzkiej whiskey (polecam nieodmiennie Tullamore Dew), - duża łyżka brązowego cukru, - kilka rozkruszonych goździków, - sok z połowy cytryny, - wrzątek. Cukier i goździki wsypujemy do tumblera o grubych ściankach lub (lepiej) szklanki do kawy po irlandzku (dobrze ją uprzednio rozgrzać przez przelanie wrzątkiem), zalewamy sokiem z cytryny, whiskey i gorącą wodą, energicznie mieszamy i wypijamy, póki ciepłe. W Irlandii jest to polecany środek na przeziębienie, na pewno znakomicie sprawdza się w długie i zimne grudniowe wieczory. Nie przesadźmy jednak -- gorący alkohol bardzo idzie do głowy!
sobota, 27 października 2007
Jeśli zastanawiali się Państwo kiedyś, czemu likier Blue Curacao jest niebieski, to niestety wytłumaczenie jest więcej niż prozaiczne. Jest niebieski nie ze względu na dodatek jakiegoś wyjątkowo egzotycznego owocu (przygotowywany jest na bazie skórek gorzkich owoców Laraha, krewniaków pomarańczy), tylko ze względu na niebieski barwnik spożywczy. Proponuję się tym jednak nie zrażać, jako że ten alkohol o pomarańczowym aromacie jest składnikiem wielu interesujących drinków, które dodatkowo bardzo zyskują na wyglądzie dzięki niecodziennej barwie. O jednym z nich, czyli Blue Margarita, pisałem już wcześniej. Dziś inny członek rodziny, bardzo popularny wśród moich znajomych Electric Lemonade. Skład:
Jeśli spodobał nam się efekt kolorystyczny, to pamiętajmy, że curacao jako likier pomarańczowy typu triple sec może zastąpić w wielu przepisach stosowany przeze mnie w tej roli cointreau. Warto wtedy również zamiast innych wyrazistych kolorystycznie składników wykorzystać bardziej bezbarwne substytuty (na przykład colę zastąpić spritem). Dla przykładu, opisywaną ostatnio Long Island Iced Tea możemy właśnie w ten sposób przerobić otrzymując cocktail nazywany Electric Iced Tea lub (bardziej dosadnie) Adios Motherfuckers.
czwartek, 25 października 2007
Dziś coś zdecydowanie nie dla słabych duchem. Teoretycznie longdrink, tym niemniej od typowego longdrinka różni się tym, że nie składa się z niewielkiej ilości alkoholu zalanej lemoniadą. Skład:
Jak widać po przepisie, napój nie ma zbyt wiele wspólnego z mrożoną herbatą. Skąd więc nazwa? Jako że cocktail jest relatywnie młody (powstał około 1970 r.), możemy do lamusa odłożyć krążące legendy, jakoby został wymyślony w czasach Prohibicji, by stworzyć pozory picia czegoś niewinnego. Moja prywatna teoria brzmi, że źródłem nazwy jest po prostu to, że drink ten (zwłaszcza z cytryną) wygląda, a często do pewnego stopnia smakuje podobnie jak swój bezalkoholowy imiennik. Skool!
sobota, 29 września 2007
Prosty i pyszny cocktail deserowo-wieczorowy -- do niskiej szklaneczki wlewamy pół na pół koniak i biały likier miętowy, dodajemy parę kostek lodu i energicznie mieszamy. Znakomity zwłaszcza w lecie, gdy smak mięty daje przyjemne uczucie chłodu, ale nie odmawiajmy go sobie również w czasie zimowych wieczorów. |
Archiwum
Zakładki:
Czytam
Oglądam
Śledzę
|