Kategorie: Wszystkie | inne | porady | przepisy
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
Niezbędnik barmana: szkło
Żeby nie zanudzać Państwa wyłącznie przepisami, postanowiłem wrócić na chwilę do porad. Dziś – szkło.



W odróżnieniu od składników, dobór właściwego naczynia do danego typu cocktailu jest rzeczą silnie umowną. Starannie przygotowane Martini czy Manhattan nie będą smakowały istotnie gorzej, jeśli zamiast z kieliszka cocktailowego wypijemy je ze słoika po dżemie truskawkowym Tymbark, oczywiście pod warunkiem dokładnego umycia słoika przed spożyciem. Ponieważ jednak nie przyszliśmy tutaj chlać, tylko obyczajnie spędzić czas przy stylowym drinku, bardzo polecam stosowanie się tutaj do uznanych standardów, szczególnie że w wielu wypadkach mają one dodatkowe uzasadnienie praktyczne (o czym za chwilę). 

Nie musimy zaraz wydawać fortuny na wielki serwis ze szkła kryształowego – w wielu sklepach można dostać niedrogie i funkcjonalne zestawy kieliszków cocktailowych, do wina czy koniaku. Większa część mojego osobistego zestawu szklanek i kieliszków pochodzi ze sklepu IKEA, którego atrakcyjne ceny pozwalają mi nie rozpaczać nad tym, że od czasu do czasu któryś się zbije – rzecz przy intensywnym używaniu niestety nieuchronna.

Dzisiejszy wpis ma dwie wyraźne części. Najpierw szkło, które zdecydowanie mieć należy.

Kieliszek cocktailowy

Zwany również często kieliszkiem martini. Charakteryzuje się stożkowatym kształtem na wysokiej, cienkiej nóżce, co pomaga w utrzymaniu niskiej temperatury wlanego cocktailu – trzymając kieliszek za nóżkę minimalizujemy ciepło przekazywane przez dłoń. Typowa pojemność waha się od 100 do 180 ml. Stosowany do praktycznie wszystkich cocktaili serwowanych „straight up”, czyli po wstrząśnięciu i odcedzeniu (bez lodu). W miarę możliwości powinien być schłodzony przed wlaniem do niego napoju. Jeśli nie mamy możliwości trzymania kieliszków w lodówce (a niestety w warunkach mieszkania z rodziną rzadko można sobie na to pozwolić), to dobrą metodą schłodzenia jest wsypanie do kieliszka, zanim zaczniemy przygotowywać właściwy cocktail, niedużej ilości kruszonego lodu z odrobiną zimnej wody, zamieszanie i odstawienie. Przed wlaniem cocktailu mieszamy lód ponownie i wyrzucamy.

W kieliszku cocktailowym podajemy m. in. Martini, Manhattana, Daiquiri, Between The Sheets, Sidecar, Gimleta czy Pegu.

Szklanka Old Fashioned/Rocks/Lowball

Niska szklaneczka, najczęściej o dość grubym dnie, o prostych lub rżniętych ściankach i pojemności 150 do 200 ml. Najczęściej stosowana do cocktaili serwowanych „on the rocks”, czyli wlewanych na kostki lodu, aczkolwiek może służyć też do podawania whisky i podobnych alkoholi „neat” (bez lodu i dodatków).

Swoją nazwę wzięła oczywiście od słynnego cocktailu Old Fashioned, ale używamy jej również do Orgazmu, Rusty Nail, Stingera czy Black i White Russian.

Highball

Podstawową formą jest tutaj prosta wysoka szklanka typu highball (z lewej) o pojemności 200 do 350 ml, ale podobnie jak w przypadku szklaneczki typu Old Fashioned spotyka się również wersje o nieco bardziej urozmaiconym kształcie, jak te, które widują Państwo często na moich zdjęciach. Pamiętamy oczywiście, że aby drink miał odpowiednią temperaturę, należy przed wlaniem napoju do szklanki wypełnić ją kostkami lodu przynajmniej do połowy, a po wlaniu zamieszać. Stosujemy do takich klasyków jak Cuba Libre, Bloody Mary, Electric Lemonade czy Long Island Iced Tea.

Snifter, czyli tak zwana koniakówka

Kieliszek o w kształcie okrągłej bańki zwężającej się ku górze, z relatywnie krótką nóżką. Jego kształt spełnia funkcję dokładnie przeciwną niż kształt kieliszka cocktailowego – ma na celu przejęcie jak najwięcej ciepła trzymającej go dłoni, co pozwala rozgrzać się alkoholowi, który robi się wtedy szczególnie aromatyczny. Używany najczęściej do koniaku, whisky lub rumu podawanego bez dodatków, aczkolwiek można go zastosować do innych mieszanek przygotowywanych bez lodu, jak np. Brandy Naranja.

Shot

Chyba najpopularniejsze w Polsce szkło do alkoholu, niewielka szklaneczka o pojemności od 25 do 50-60 ml. Występuje w wielu różnych odmianach i kształtach, stosowane głównie do „shotów”, czyli napojów wypijanych na raz - jak dotąd pisałem o nich niewiele, ale zamierzam wkrótce to niedopatrzenie nadrobić.

Kieliszki do szampana

Wąskie, wysokie kieliszki służące do podawania szampana i win musujących. Stosowane również do cocktaili na bazie szampana, jak Mimosa, Champagne Cocktail lub Kir Royal.

Kieliszki do wina

Jakkolwiek wino nie jest częstym gościem na tym blogu, to jednak żaden dobrze wyposażony bar nie może się obyć bez kieliszków do białego i czerwonego wina. Te pierwsze zazwyczaj są węższe i prostsze w kształcie, te drugie bardziej okrągłe, co wynika z dość odmiennych aromatów i sposobów podawania tych napojów. Pamiętać należy, że wino białe podajemy zazwyczaj w temperaturze 10-12 stopni, wino czerwone zaś nieco poniżej temperatury pokojowej (16-18 stopni).

* * *

Tyle z niezbędników. Poniżej kilka rodzajów kieliszków i szklanek, które posiadać warto, ale bez których można się względnie łatwo obyć.

Collins

Tradycyjnie cocktaile typu Collins, aczkolwiek zbliżone formą do highballi, używają innej szklanki – podobnej wysokości, lecz węższej i zawsze o prostych ściankach, jak na ilustracji powyżej. W praktyce domowego baru można bez wywoływania skandalu użyć w tym celu szklanki typu highball.

Kieliszek do Margarity

Nieco bardziej zaokrąglona, często z charakterystycznym wgłębieniem pośrodku, wersja kieliszka cocktailowego, tradycyjnie używana do różnych odmian Margarity. Jeśli nim nie dysponujemy (jak np. u mnie), można użyć zwykłego kieliszka cocktailowego.

Szklanka Hurricane

Typowe naczynie do dużych, owocowych, tropikalnych longdrinków, o pojemności najczęściej przekraczającej 400 ml. Swoją nazwę wziął od podawanego w nim cocktailu Hurricane, ale stosuje się go też do takich klasyków, jak Sex On The Beach czy Planter’s Punch. Wygląda niezwykle efektownie, niemniej spełnia tę samą rolę, co szklanka typu highball.

Szklanka do kawy po irlandzku

Szklanka o grubych ściankach z uszkiem, najczęściej na grubej niewysokiej stopce, o pojemności ok. 200 do 250ml. Stosowana do Irish Coffee, Hot Whiskey czy Grogu. W razie braku możemy ją zastąpić dowolną przezroczystą szklanką z uszkiem lub – w ostateczności – porcelanowym kubeczkiem o grubych ściankach.

17:40, superbarman , porady
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Corpse Reviver
Jak łatwo wywnioskować z nazwy, dzisiejszy cocktail powstał (podobnie jak Mimosa i Bloody Mary) jako recepta na porannego „klina”. W odróżnieniu od wcześniej opisywanych mieszanek Corpse Reviver we wszystkich wariantach to zdecydowanie brutalna metoda na pozbycie się kaca, opierająca się dosłownie na formule wybijania klina klinem.

Składniki Corpse Reviver #1:
  • 60 ml brandy lub koniaku,
  • 30 ml calvadosu/Apple brandy,
  • 30 ml czerwonego wermutu.
Procedura nie będzie obca nikomu poszukującemu ulgi po wcześniejszym cocktail party: lód, shaker, schłodzony kieliszek cocktailowy.



W większości zbiorów oryginalny Corpse Reviver ustąpił miejsca cocktailowi mającemu podobne zastosowanie, aczkolwiek drastycznie odmienny skład.

W skład Corpse Reviver #2 wchodzą:
  • 30 ml ginu,
  • 30 ml wytrawnego wermutu (oryginalnie Kina Lillet, Cocchi Americano lub Lillet Blanc),
  • 30 ml triple sec,
  • 30 ml soku cytrynowego,
  • Pół łyżeczki absyntu lub Pernod.
Absyntem lub Pernod przemywamy kieliszek cocktailowy, do którego wlewamy wstrząśnięte w shakerze pozostałe składniki cocktailu. Zgodnie z zaleceniami Harry’ego Craddocka cocktaile typu Reviver najlepiej skutkują przed 11:00 – albo kiedykolwiek potrzebujemy zastrzyku energii po ciężkim wieczorze.

PS. Zdjęcie na licencji Creative Commons z serwisu Flickr autorstwa Reese C. Lloyda.

niedziela, 15 stycznia 2012
Pegu Cocktail
Za oknem właśnie przymrozek, więc niech choć dzisiejszy cocktail poprowadzi nas w bardziej tropikalne klimaty. Zapraszam dziś ponownie na Daleki Wschód, do Pegu Club, ekskluzywnego klubu dla kolonialnej elity, istniejącego od 1885 do 1941 na przedmieściach Rangun w brytyjskiej wówczas Birmie. Dzisiejszy cocktail został po raz pierwszy zmieszany tam w latach 20 XX wieku, zaś w zachodnich barach zagościł kilka lat później (opisuje go m. in. wspominany już zbiór Savoy Cocktail Book Harry’ego Craddocka).

Składniki Pegu Cocktail to:
  • 90 ml ginu,
  • 30 ml białego curaçao lub triple sec/Cointreau,
  • 15-30 ml soku z limonek,
  • kilka kropel Angostura bitters,
  • kilka kropel orange bitters.

Składniki wstrząsamy w shakerze i przelewamy do schłodzonego kieliszka cocktailowego. Klasyczną ozdobą jest plasterek/łódka z limonki, aczkolwiek ze względu na smak, dzięki zmieszaniu ginu z limonką i bitters, nieco przypominający grejpfruty, często stosowaną ozdobą jest też pasek skórki grejpfrutowej lub ćwiartka plasterka tego owocu.



Państwa zdrowie, i oby mrozy szybko ustąpiły wiosennemu i letniemu ciepłu!

niedziela, 08 stycznia 2012
Champagne Cocktail
Dzisiejszy przepis jest wprost wymarzony na weekend po Sylwestrze, gdy znajdujemy gdzieś zachomikowaną butelkę szampana. Jeśli nie zużyli jej Państwo na Kir Royal lub Mimosę, to zapraszam na Champagne Cocktail.

Przepis nie jest może aż tak stary jak Old Fashioned, ale ma już swoje lata – pierwsze wzmianki o nim pojawiają się w latach sześćdziesiątych XIX wieku, wspomina też o nim Mark Twain w wydanych w 1869 „Prostaczkach za granicą”.

Składniki:
  • Kostka/łyżeczka cukru,
  • Angostura bitters,
  • (opcjonalnie) 30 ml brandy lub koniaku,
  • Szampan.
Cukier nasączamy Angosturą i wrzucamy na dno kieliszka do szampana lub kieliszka cocktailowego. Opcjonalnie dodajemy brandy, po czym dopełniamy szampanem i przyozdabiamy paskiem skórki cytrynowej. Ze względu na konieczność otwarcia butelki powyższy cocktail wychodzi najlepiej w seriach po 4-5 porcji.



PS. Zdjęcie na licencji Creative Commons z serwisu Flickr autorstwa Reese’a C. Lloyda.

sobota, 31 grudnia 2011
Blue Monday
Na dzisiejszy cocktail natrafiłem przeglądając dostępną literaturę i blogi w poszukiwaniu ciekawego przepisu z użyciem blue curaçao (innego niż opisywane wcześniej). Receptura pochodzi z wspominanego już American Bar w londyńskim hotelu Savoy i została opublikowana po raz pierwszy w 1930 w zbiorze przepisów Savoy Cocktail Book zebranych przez ówczesnego szefa baru Harry’ego Craddocka. Warto wspomnieć, że jest to najprawdopodobniej jeden z pierwszych cocktaili opartych o wódkę, która w latach 30 dopiero zyskiwała sobie miejsce w barach europejskich, a na swój sukces po drugiej stronie oceanu musiała poczekać aż do lat 50.
 
Składniki:
  • 3 części (90 ml) wódki,
  • 1 część (30 ml) triple sec,
  • ½ części (15 ml) blue curaçao.
Składniki wstrząsamy w shakerze i przelewamy do schłodzonego kieliszka cocktailowego, który możemy przyozdobić plasterkiem pomarańczy lub paskiem skórki pomarańczowej (orange twist).



PS. W tym tygodniu wpis nieco wcześniej niż zwykle, z powodów dość oczywistych. Mam nadzieję, że zasoby Tarasco Bar przydadzą się Państwu w przygotowaniach imprezowych, szczególnie odkąd dostępna jest funkcja wyszukiwania. Życzę szampańskiej zabawy i mnóstwa ciekawych drinków w Nowym Roku!
 
niedziela, 25 grudnia 2011
Maple Leaf
Dziś zapraszam Państwa na drinka, który smakiem powraca do zimowo-choinkowych klimatów. W poszukiwaniu kompozycji, która podobnie jak Manhattan pasowałaby jako aperitif do wigilijnych potraw, trafiłem na ciekawy przepis, opisany przez Franka Meiera, barmana baru Ritz w Paryżu, w jego wydanym w 1936 roku zbiorze porad i przepisów „The Artistry Of Mixing Drinks”.

W skład Maple Leaf wchodzą:
  • 60-80 ml whiskey (oryginalnie bourbona, ale w drinku o tej nazwie znakomicie sprawdzi się też whiskey kanadyjska),
  • 20 ml soku cytrynowego,
  • 20 ml syropu klonowego.
Składniki wstrząsamy w shakerze i przelewamy do schłodzonego kieliszka cocktailowego, który możemy przyozdobić laską cynamonu lub paskiem skórki cytrusowej.



Jak łatwo spostrzec, Maple Leaf to zasadniczo klasyczny sour, w którym rolę dosładzacza gra syrop klonowy. Jego charakterystyczny dymny smak bardzo ciekawie kombinuje się z whiskey, warto jednak ograniczyć nieco ilość syropu i soku, aby ich składowa nie zdominowała nadmiernie całego cocktailu.

Wszystkim czytelnikom życzę wesołych świąt!

niedziela, 18 grudnia 2011
Improwizacje
Częstym problemem, z którym stykam się jako barman-amator, jest przygotowywanie drinków na gościnnych występach, z dala od własnego barku, w którym mam składniki niezbędne do swoich ulubionych przepisów. Czasem nie jest tak źle, gdy problem sprowadza się do braku jednego bardziej egzotycznego miksera lub buteleczki bitters, bywa jednak i tak, że stajemy w obliczu barku wyposażonego jedynie w butelkę wódki i napój gazowany o smaku truskawkowym. Z tak ekstremalnym przypadkiem nie stykam się na szczęście aż tak często (bo też i co można w takiej sytuacji zrobić poza udaniem się na zakupy), ale i pośrednie fazy problemu potrafią czasem przysporzyć nieco kłopotu, osobliwie gdy publiczność, zachęcona smakowitymi opisami z tego bloga, głośno domaga się, by coś zmieszać.

Podstawowa rada w takiej sytuacji brzmi: grunt to elastyczność, umiejętność improwizacji i odrobina praktyki. Co bardzo polecam w sytuacjach imprezowych, to taktyczne przygotowanie na dzień dobry dzbanka lub kilku jakiegoś prostego longdrinka (w rodzaju Screwdrivera, Cuba Libre czy Electric Lemonade), co zaspokoi pierwsze pragnienie i pozwoli skupić się na planowaniu dalszych posunięć. Przydaje się też odrobina praktyki i znajomość wariantów rozmaitych cocktaili – przykładowo większość cocktaili z ginem ma również odpowiedniki bazowane na wódce, podobna prawidłowość zachodzi między whisky, brandy i złotym lub ciemnym rumem, aczkolwiek tego typu substytuty wymagają pewnego wyczucia. Przydają się również dostępne na popularne smartfony aplikacje w rodzaju Mixology czy Cocktail Flow, pozwalające na zdefiniowanie alkoholi i mikserów dostępnych w barku i ograniczenie listy przepisów do takich, które da się przygotować z dostępnych składników. Na koniec wreszcie nie możemy zapomnieć, że większość cocktaili można łatwo zepsuć próbując oszczędzać na lodzie, a wiemy już skądinąd, że cocktail ma być zimny!

Gdy wreszcie poczujemy się już wystarczająco pewnie, możemy popuścić wodze fantazji i spróbować z dostępnych składników zmieszać coś całkiem oryginalnego. Ryzyko sprokurowania drinka całkowicie niepijanego w przypadku typowych zamówień imprezowych (którymi, nie oszukujmy się, będą raczej rozmaite longdrinki na bazie soków i napojów gazowanych) jest raczej niewielkie, o ile oczywiście zachowamy minimum smaku i zdrowego rozsądku, który powstrzyma nas od przygotowania wariantu Bloody Mary na bazie likieru kawowego. Poniżej przykładowy przepis, który w ten sposób powstał tydzień temu podczas jednej z imprez w Warszawie, gdzie gościłem przejazdem – na cześć gospodyni nazwałbym go Kaja’s Punch ze względu na bliskie pokrewieństwo z opisywanym wcześniej Planter’s Punch.



Składniki:
  • 50 ml złotego lub ciemnego rumu (w tym konkretnym przypadku był to dosyć oryginalny wariant, a mianowicie hiszpański Ron Miel, czyli rum miodowy, co miało pewne konsekwencje, o których poniżej),
  • 50 ml soku pomarańczowego,
  • 50 ml soku ananasowego,
  • 20 ml soku cytrynowego,
  • Łyżka syropu żurawinowego (może być też malinowy lub inny podobny – zastosowałem żurawinowy, by nieco skompensować słodycz głównego alkoholu),
  • (opcjonalnie) 20 ml białego likieru curaçao lub triple sec.
Składniki wlewamy do wysokiej szklanki wypełnionej kostkami lodu, mieszamy i podajemy. Curaçao dodajemy wyłącznie w przypadku stosowania zwykłego rumu, gdyż w przypadku używanego przeze mnie rumu miodowego cocktail wychodził wtedy nieco za słodki. Z podobnych względów wymaga pewnej uwagi dobór proporcji syropu i soku cytrynowego. Ze względów estetycznych odradzam stosowanie w tym wypadku blue curaçao, jako że w połączeniu z sokiem i syropem nadaje to cocktailowi niezbyt apetyczny wygląd, dający się określić jako „woda wyżęta z brudnej szmaty”.

Państwa zdrowie, i zachęcam do eksperymentów!
środa, 14 grudnia 2011
Vesper
„- Martini Dry – zadysponował.  – Jedno. W głębszym kielichu do szampana.
- Oui, monsieur.
- Chwileczkę. Trzy miarki Gordona, jedna wódki, pół Kina Lillet. Dobrze wstrząsnąć, aż będzie lodowate, a potem włożyć dużą cienką skórkę z cytryny. Jasne?
- Oczywiście, monsieur. ”

Powyższy dialog nie powinien być obcy żadnemu miłośnikowi cocktaili. W ten sposób James Bond zamawia w pierwszej powieści Iana Fleminga „Casino Royale” swojego autorskiego drinka, nazwanego następnie Vesper od imienia obiektu swoich romantycznych uniesień. Udajmy się zatem do baru szlakiem bondowskich inspiracji.

Vesper jest w swoim charakterze cocktailem nieco nietypowym, łączy bowiem w jednym napoju dwa opisywane wcześniej warianty Martini: klasyczne Dry Martini (z ginem) i Vodka Martini. Dodatkowo zamiast typowego wytrawnego wermutu stosuje Kina Lillet, francuskie wytrawne wino aperitifowe produkowane z białych win Bordeaux z dodatkiem aromatycznych olejków i ekstraktów owocowych i ziołowych (m. in. ekstraktu kory chinowca zawierającego chininę, która nadaje całości charakterystyczny gorzkawy posmak).

Mimo daleko idących zmian w fabule identyczny przepis pada z ust Daniela Craiga wcielającego się w postać agenta 007 w filmowej wersji Casino Royale. Niestety, w tej wersji jest pewnym anachronizmem – Kina Lillet od połowy lat 80 nie jest już produkowane, mało prawdopodobne więc, by współczesny bar nawet w luksusowym kasynie dysponował tym składnikiem. Jeśli chcielibyśmy odtworzyć smak Kina Lillet, możemy zaimprowizować i do dostępnego w handlu Lillet Blanc dodać odrobinę włoskiego likieru China Martini, szczyptę chininy lub w ostateczności kilka kropel Angostury i orange bitters.



Czym z całą pewnością nie musimy się przejmować, to sugestia podawania napoju w kielichu do szampana – w odróżnieniu od typowych kieliszków cocktailowych z lat 50, kiedy powstawała powieść (ok. 100-120ml), współczesny kieliszek ma pojemność 150-180 ml, co powinno pozwolić nam na całkiem sporego drinka (przyjmując w powyższym przepisie jako „miarkę” 40 ml).

PS. Zdjęcie na licencji Creative Commons z serwisu Flickr autorstwa Reese C. Lloyda.

niedziela, 04 grudnia 2011
Boulevard
Dzisiejszy cocktail pochodzi z przełomu lat 30 i 40 XX wieku, a po raz pierwszy w obecnej formie został opisany w książce „The Fine Arts Of Mixing Drinks” Davida Embury’ego z 1949. W swojej formie jest bliskim krewnym opisywanego wcześniej Manhattana, aczkolwiek dzięki dodatkowi likieru pomarańczowego o dużo łagodniejszym smaku.

Składniki:
  • 60 ml whiskey (rye, kanadyjskiej lub bourbona),
  • 20 ml Grand Marnier (w ostateczności możemy się też poratować Cointreau lub innym triple sec),
  • 20 ml wytrawnego wermutu,
  • kilka kropel orange bitters.
Składniki wstrząsamy i przelewamy do kieliszka cocktailowego.



Standardowo ozdabiamy paskiem skręconej skórki pomarańczowej (orange twist), ale jeśli chcemy spróbować czegoś bardziej widowiskowego, to proponuję w ramach ozdoby przygotować opaloną skórkę (flamed orange peel). W tym celu szeroki pasek skórki pomarańczowej podgrzewamy lekko nad zapałką, po czym wyciskamy przez płomień, by skarmelizowane olejki eteryczne wylądowały na powierzchni cocktailu. Opieczoną skórką wycieramy brzegi kieliszka i wrzucamy do napoju. Całość procesu możemy obejrzeć na poniższym clipie:

niedziela, 27 listopada 2011
Hurricane
Dzisiejszy przepis pochodzi z Nowego Orleanu, zaś jego autorstwo przypisywane jest Patowi O’Brien, właścicielowi baru w Dzielnicy Łacińskiej. Zgodnie z legendą impulsem do jego powstania były praktyki handlowe sprzedawców alkoholu na przełomie lat 30 i 40, kiedy to trwająca wojna mocno utrudniała zaopatrzenie w importowaną szkocką whisky. Właściciele barów, którzy chcieli nabyć ten deficytowy towar, zmuszani byli do transakcji wiązanych, w których jednej skrzynce szkockiej musiał towarzyszyć zakup kilkudziesięciu skrzynek łatwo dostępnego lokalnego rumu. W ramach upłynniania nadmiarowych zapasów właściciel baru wpadł na pomysł longdrinka składającego się z rumu i mieszanki soków owocowych, podawanych w dużej (oryginalnie 29 uncji, czyli ok. 850 ml, obecnie zazwyczaj o połowę mniejszej) charakterystycznej szklance przypominającej kształtem kwiat tulipana lub klosz od lampy naftowej, od nazwy cocktailu nazywanej obecnie szklanką typu Hurricane.

Składniki:
  • 30 ml ciemnego rumu,
  • 30 ml jasnego rumu,
  • 20 ml soku z limonek,
  • po 60 ml soku z męczennicy, czyli passiflory albo marakui, pomarańczowego i ananasowego (kombinację soków możemy dobrać do smaku).
Składniki wstrząsamy w shakerze i przelewamy do wysokiej szklanki wypełnionej kostkami lodu. Przyozdabiamy ćwiartką pomarańczy lub limonki i wisienką cocktailową.



Santé!

PS. Zdjęcie na licencji Creative Commons z serwisu Flickr autorstwa mhaithaca.
Tagi: longdrink rum
17:07, superbarman , przepisy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9